Wczoraj
pojechałam całą rodziną do Centrum Nauki Kopernika, znajdującego
się w Warszawie. Było wspaniale. Wszędzie znajdowały się wystawy
naukowe, których można było dotknąć. Co chwilę natrafialiśmy
na coraz bardziej ciekawe eksponaty. Jednym z moich ulubionych
okazała się karuzela. Polegała ona na tym, że wchodziło do niej
osiem osób, które musiały podczas obrotów karuzeli rzucić piłkę
osobie siedzącej naprzeciwko. Było z nią bardzo dużo śmiechu i
zabawy. Mój brat, który wszedł do niej wraz ze mną, trafił piłką
kilka razy w głowę jakiejś kobiecie, która wybuchła śmiechem.
Możecie sobie wyobrazić jak było później trudno z niej wysiąść.
Wszyscy chodzili jak pijani i zataczali się na boki. Równie
śmiesznym doświadczeniem było trzęsienie ziemi. Na podeście
znajdował się mały stolik, a przy nim
troszkę miejsca do stania i barierki. Po wejściu na niego należało
nacisnąć przycisk ''START'', aby wywołać to śmieszne zjawisko,
które rzucało nami na boki. Kolejnym ciekawym doświadczeniem był
''Teatr Wysokich Napięć''. Aby się do niego dostać trzeba było
troszkę poczekać, gdyż przedstawienia odbywały się co jakiś
czas. Jednak gdy udało nam się tam wejść, to doszliśmy do
wniosku, że warto było czekać. Sceną było wielkie, ciemne
pomieszczenie, a widownią około 30 osób (więcej nie wpuszczali).
Usiedliśmy na podświetlanej scenie. Pewien chłopak wyszedł z
ciemności i zaczął opowiadać nam o prądzie. Głównym celem jego
rozmyślań było to, czy można zapalić żarówkę bez kabli, na
odległość. Po 30 minutowym wykładzie na którym nie było nudno,
doszedł do wniosku, że można to zrobić, jeżeli ciało się
porusza (coś takiego, bo nie zapamiętałam idealnie, co mówił).
Podczas przedstawienia nie obyło się bez śmiechu. Chłopak, który
opowiadał nam o prądzie poprosił w pewnym momencie do siebie
ochotniczkę. Okazałą się nią mała dziewczynka, która
przedstawiła się jako Magda. Kazał jej podejść do wielkiego
urządzenia. Najpierw ją nastraszył, a potem polecił dotknąć
wielkiej kuli. Gdy to zrobiła stanęły jej na głowie wszystkie
włosy! Strasznie się naelektryzowała. Ogólnie było bardzo fajnie
i miło. Po wyjściu ze spektaklu kontynuowaliśmy zwiedzanie. Za
każdym rogiem czekała na nas nowa niespodzianka. Na koniec
kupiliśmy sobie pamiątki. Były to dwa kubki i podkładka pod myszkę. Kubek z układem słonecznym jest mój, a kubek i podkładka z tabliczką mnożenia należy do mojego brata.

Na
koniec podzielę się z wami wspaniałą wiadomością. Zamiast
chomika syryjskiego ( o którym pisałam w poprzednim poście)
kupiłam sobie świnkę morską. Nazywa się Lulu. Zamieszczam kilka zdjęć.
Kolejnego posta możecie się spodziewać 24 lipca (czwartek).



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz